Dziś trochę z innej beczki, bo pomimo iż jestem oddanym fanem NBA i koszykówki w ogóle, to od czasu do czasu lubię zająć się innymi przyjemnościami… np. oglądaniem filmów. Traktuję je jako swoiste oderwanie się od rzeczywistości. Filmy, które zazwyczaj oglądam, nie muszą mieć wyjątkowych efektów specjalnych, nie muszą widnieć w czołówkach rankingów, nie muszą niszczyć mi psychy swą zawikłaną i nie do końca zrozumianą fabułą…muszą mnie po prostu na chwilę oderwać. Wczoraj sięgnąłem po dokument…dokument, o którym rzekomo jest dość cicho, a który każdy fan NBA (nie wspominając 0 fanach CAVS i Lebrona) powinien obejrzeć.
„More than a game”, film dokumentalny z roku 2008 reżyserowany przez Kristophera Belman’a to produkcja opowiadająca historię pięciu chłopaków: Dru Joyce’a III, Romeo Travisa, Willie McGee, Sianie Cottona i Lebrona Jamesa z Akron w Ohio, którym pasja i oddanie koszykówce pozwoliły stworzyć coś więcej niż tylko zwykłą przyjaźń.
W pierwszych minutach trwającego ponad 100 minut materiału poznajemy marzącego o karierze trenera Dru Joyce’a II i piątkę wychowywujących się w trudnych warunkach małolatów. Zakładają oni team, który nieznany (i pochodzący przecież Akron!) o dziwo zaczyna odnosić sukcesy. Anonimowi chłopcy podróżując po stanach zwyciężają co raz to nowych przeciwników i walczą z najlepszymi w kraju. Są też oczywiście porażki. Pierwsza, bardzo zapewne bolesna dla całej piątki a szczególnie dla Jamesa, to ta, gdy w finale ogólnokrajowego turnieju, po serii zwycięstw i zdobytych trofeów Lebron nie trafia buzzer-beatera. Cios… niepokonana dotąd piątka przegrywa. Chłopaki nie spuszczają głów. Kontynuując swą przyjaźń i decydują wspólnie starać się o przyjęcie do St. Vincent’s High School (szkola średnia) i drużyny Irish. Od tego momentu widzimy jak ich przygoda nabiera tempa… widzimy szczęście i radość, po licznych wygranych drużyny „IRISH”, widzimy osobiste triumfy, gdy malutki Dru, obiekt żartów i upokorzeń, chłopak z kompleksem wzrostu, wygrywa mecz rzucając 6/6 rzutów za trzy punkty, stając się następnie graczem pierwszego składu. Spotykamy ciężki charakter Romeo, który odosobniony od drużyny walczy z problemami rodzinnymi, widzimy talent lebrona stającego się liderem drużyny i rosnącą, a z czasem przerastającą sławę tego młodego zawodnika. Widzimy, jak bohaterzy radzą sobie z najcięższymi wyborami, jak ojciec stawia profesjonalizm nad miłością rodzicielską i reakcję całej piątki, gdy życie okazuje się tylko życiem a wybór „lepszej opcji”, tak jak w przypadku trenera Damborta, konieczny. Widzimy płacz, złość, widzimy też oczywiście szczęśliwe zakończenie.
Historii opowiadać w szczegółach wam nie będę. Nie taka moja rola. Nie zawaham się jednak stwierdzić, że film ten jest… piękną historią o piątce przyjaciół, którzy oddali swe życie i serce pasji jaką jest koszykówka. Zabrzmiało banałem? Tak zabrzmieć miało. Historia bowiem, którą wczoraj obejrzałem, jest jak american dream, jak te tysiące filmów, którymi karmią nas amerykanie i pokazuje idealny, książkowy obraz biednej młodzieży, która wyrasta na lokalnych bohaterów. Różnica jest tylko jedna… to się stało naprawdę. Już na samym początku filmu, gdy w tle napisów wstępnych słyszymy odbijającą się na parkiecie piłkę, dźwięk charakterystyczny kontaktowi podeszwy z parkietem i słowa Lebrona: „Use basketball, don’t let basketball use You” pozwalają dobrze „wprowadzić się” w nastrój filmu. I nawet jeśli jest to celowy zabieg, którym reżyser chce wywołać u nas emocje, to mi to nie przeszkadza bo jak już wcześniej stwierdziłem… Ta historia miała swoje miejsce. Oglądając ten film, zrozumiecie skąd wziął się team spirit Lebrona i mam nadzieję, przestaną wam przeszkadzać jego wygłupy na boisku. Zrozumiecie czym jest gra w drużynie. Zobaczycie pasję jaka towarzyszy jego grze i stwierdzicie, że brak pierścienia na palcu King Jamesa na pewno boli. Szkoda jednak, że film nie jest bardziej obiektywny, że rodzące się konflikty pokazywane są jedynie w kontekście późniejszej zgody, że nadużywanie swej sławy przez młodziutkiego LBJ zostało łagodnie pokazane, że nie rozwinęli wątku pojawiającej się po serii zwycięstw pychy.
W produkcji podobać się z pewnością może mnogość oryginalnych i trafnie dobranych moim zdaniem wstawek filmowych i zdjęć z „życia drużyny”. Dobra jest muzyka, udane są zdjęcia. Podoba mi się też to, że zgrabnie w układ chronologicznie przedstawionych zdarzeń wplecione zostały indywidualne historie głównych bohaterów.
Film z pewnością spodoba się wszystkim fanom NBA. Jest ciekawy i nawet jeśli nie lubisz happy endów, to obejrzyj go chociaż po to, żeby poznać historię i biografię Lebrona Jamesa. Ja w każdym razie polecam i obejrzałbym jeszcze film o młodzieńczych latach Bryanta, Shaqa, AI czy….Rona…ooo Rona Artesta na pewno!
Mnie osobiście porusza również poziom. Poziom kształcenia i możliwości rozwoju koszykarskiego młodzieży w Polsce w porównaniu do USA. Początek kariery Jamesa to wczesne lata 90-te, a możliwości jakie miała tamtejsza młodzież są nieporównywalne z tymi, które są w naszym kraju (jakimi warunkami??). Nie grając w oficjalnych klubach, młodzież nie ma szans podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy. Dawniej istniała Eraligaszkolna, która umarła śmiercią naturalną po 2 latach istnienia. Piłka się rozwija, organizuje się turnieje…a co z koszem ministrze sportu!?


















