“More than a game…”

19 Luty 2010 by

Dziś trochę z innej beczki, bo pomimo iż jestem oddanym fanem NBA i koszykówki w ogóle, to od czasu do czasu lubię zająć się innymi przyjemnościami… np. oglądaniem filmów. Traktuję je jako swoiste oderwanie się od rzeczywistości. Filmy, które zazwyczaj oglądam, nie muszą mieć wyjątkowych efektów specjalnych, nie muszą widnieć w czołówkach rankingów, nie muszą niszczyć mi psychy swą zawikłaną i nie do końca zrozumianą fabułą…muszą mnie po prostu na chwilę oderwać. Wczoraj sięgnąłem po dokument…dokument, o którym rzekomo jest dość cicho, a który każdy fan NBA (nie wspominając 0 fanach CAVS i Lebrona) powinien obejrzeć.

„More than a game”, film dokumentalny z roku 2008 reżyserowany przez Kristophera Belman’a to produkcja opowiadająca historię pięciu chłopaków: Dru Joyce’a III, Romeo Travisa, Willie McGee, Sianie Cottona i Lebrona Jamesa z Akron w Ohio, którym pasja i oddanie koszykówce pozwoliły stworzyć coś więcej niż tylko zwykłą przyjaźń.

W pierwszych minutach trwającego ponad 100 minut materiału poznajemy marzącego o karierze trenera Dru Joyce’a II i piątkę wychowywujących się w trudnych warunkach małolatów. Zakładają oni team, który nieznany (i pochodzący przecież Akron!) o dziwo zaczyna odnosić sukcesy. Anonimowi chłopcy podróżując po stanach zwyciężają co raz to nowych przeciwników i walczą z najlepszymi w kraju. Są też oczywiście porażki. Pierwsza, bardzo zapewne bolesna dla całej piątki a szczególnie dla Jamesa, to ta, gdy w finale ogólnokrajowego turnieju, po serii zwycięstw i zdobytych trofeów Lebron nie trafia buzzer-beatera.  Cios… niepokonana dotąd piątka przegrywa. Chłopaki nie spuszczają głów. Kontynuując swą przyjaźń i decydują wspólnie starać się o przyjęcie do St. Vincent’s High School (szkola średnia) i drużyny Irish. Od tego momentu widzimy jak ich przygoda nabiera tempa… widzimy szczęście i radość, po licznych wygranych drużyny „IRISH”, widzimy osobiste triumfy, gdy malutki Dru, obiekt żartów i upokorzeń, chłopak z kompleksem wzrostu, wygrywa mecz rzucając 6/6 rzutów za trzy punkty, stając się następnie graczem pierwszego składu. Spotykamy ciężki charakter Romeo, który odosobniony od drużyny walczy z problemami rodzinnymi, widzimy talent lebrona stającego się liderem drużyny i rosnącą, a z czasem przerastającą sławę tego młodego zawodnika. Widzimy, jak bohaterzy radzą sobie z najcięższymi wyborami, jak ojciec stawia profesjonalizm nad miłością rodzicielską i reakcję całej piątki, gdy życie okazuje się tylko życiem a wybór „lepszej opcji”, tak jak w przypadku trenera Damborta, konieczny. Widzimy płacz, złość, widzimy też oczywiście szczęśliwe zakończenie.

Historii opowiadać w szczegółach wam nie będę. Nie taka moja rola. Nie zawaham się jednak stwierdzić, że film ten jest… piękną historią o piątce przyjaciół, którzy oddali swe życie i serce pasji jaką jest koszykówka. Zabrzmiało banałem? Tak zabrzmieć miało. Historia bowiem, którą wczoraj obejrzałem, jest jak american dream, jak te tysiące filmów, którymi karmią nas amerykanie i pokazuje idealny, książkowy obraz biednej młodzieży, która wyrasta na lokalnych bohaterów. Różnica jest tylko jedna… to się stało naprawdę. Już na samym początku filmu, gdy w tle napisów wstępnych słyszymy odbijającą się na parkiecie piłkę, dźwięk charakterystyczny kontaktowi podeszwy z parkietem i słowa Lebrona: „Use basketball, don’t let basketball use You” pozwalają dobrze „wprowadzić się” w nastrój filmu. I nawet jeśli jest to celowy zabieg, którym reżyser chce wywołać u nas emocje, to mi to nie przeszkadza bo jak już wcześniej stwierdziłem… Ta historia miała swoje miejsce. Oglądając ten film, zrozumiecie skąd wziął się team spirit Lebrona i mam nadzieję, przestaną wam przeszkadzać jego wygłupy na boisku. Zrozumiecie czym jest gra w drużynie. Zobaczycie pasję jaka towarzyszy jego grze i stwierdzicie, że brak pierścienia na palcu King Jamesa na pewno boli. Szkoda jednak, że film nie jest bardziej obiektywny, że rodzące się konflikty pokazywane są jedynie w kontekście późniejszej zgody, że nadużywanie swej sławy przez młodziutkiego LBJ zostało łagodnie pokazane, że nie rozwinęli wątku pojawiającej się po serii zwycięstw pychy.

W produkcji podobać się z pewnością może mnogość oryginalnych i trafnie dobranych moim zdaniem wstawek filmowych i zdjęć z „życia drużyny”. Dobra jest muzyka, udane są zdjęcia. Podoba mi się też to, że zgrabnie w układ chronologicznie przedstawionych zdarzeń wplecione zostały indywidualne historie głównych bohaterów.
Film z pewnością spodoba się wszystkim fanom NBA. Jest ciekawy i nawet jeśli nie lubisz happy endów, to obejrzyj go chociaż po to, żeby poznać historię i biografię Lebrona Jamesa. Ja w każdym razie polecam i obejrzałbym jeszcze film o młodzieńczych latach Bryanta, Shaqa, AI czy….Rona…ooo Rona Artesta na pewno! ;)

Mnie osobiście porusza również poziom. Poziom kształcenia i możliwości rozwoju koszykarskiego młodzieży w Polsce w porównaniu do USA. Początek kariery Jamesa to wczesne lata 90-te, a możliwości jakie miała tamtejsza młodzież są nieporównywalne z tymi, które są w naszym kraju (jakimi warunkami??). Nie grając w oficjalnych klubach, młodzież nie ma szans podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy. Dawniej istniała Eraligaszkolna, która umarła śmiercią naturalną po 2 latach istnienia. Piłka się rozwija, organizuje się turnieje…a co z koszem ministrze sportu!?

Logo NBA – symbol współczesnej koszykówki

17 Luty 2010 by

Dawno nas nie było i ze swojej strony oczywiście przepraszam ale mam nadzieję że jakoś przeżyliście brak publikacji nowych postów.

Dzisiaj chciałem napisać o czymś banalnym, o czymś, na co każdy fan NBA (czy sportu w ogóle) na pewno się natknął. Czy zastanawialiście się kiedyś nad pochodzeniem logo NBA?

Obecnie jest to oczywiście biała sylwetka koszykarza na czerwono niebieskim tle stworzona wg schematu towarzyszącemu wszystkim ligom w US, ale zanim zostało ono stworzone i uznane oficjalnym, to…

1949-1951

Liga NBA w ciągu dwóch pierwszych lat, po powstaniu w wyniku połączenia BAA (Basketball Association of America) i NBL (National Basketball League) funkcjonowała bez logo.

1951-1971

W roku 1950 powstało prezentowane poniżej logo, które do oficjalnego użycia weszło w 1951r. Przedstawiało czerwony napis National Basketball Association na wyjątkowo jasnej piłce (czy wam też kojarzy się bardziej z piłką do baseball?). Prawdopodobnie, tego niestety nie potwierdziłem lata na logo zmieniały się z każdym sezonem.

1971-2010

W NBA powstaje nowe logo. Logo które obecnie jest standardem wśród lig amerykańskich. Swymi kolorami (biel, czerwień, niebieski) nawiązuje do kolorów flagi USA i przedstawia sylwetkę koszykarza, którym jest… Jerry West, gwiazda lat 60-tych drużyny Lakers, który pomimo swych nieprawdopodobnych występów nie był w stanie pokonać drużyny Celtics i dopiero w roku 1972, pokonując NY Knicks zdobył swój upragniony pierścień. Mówi się, że West nadał nowy kierunek NBA, że dzięki niemu pozycja PG nabrała znaczenia, udowodnił że biali tez potrafią.

Przy okazji, przedstawiam kilka logo NBA powiązanych z Waszą ulubioną ligą:



źródło: spotslogos.net

Ciekawostki parkietu: Kolejny kamień milowy w Jezioranach

8 Luty 2010 by

Kilkanaście dni po osiągnięciu 25.000 punktów w karierze Kobe Bryant stanął przed szansą na osiągniecie kolejnego imponującego kamienia milowego w swojej już 14-letniej karierze na zawodowych parkietach. W meczu z Portland Trail Blazers miał zagrać po raz 1.000 (wszystkie mecze w barwach Lakers).

Niestety niezaleczone kontuzje zmusiły go do opuszczenia meczu pierwszy raz od bardzo długiego czasu i tym samym przełożenia świętowania na późniejszy termin. Phil Jackson zaproponował Bryantowi, żeby odpoczywał aż do All-Star Game w najbliższy weekend. Jeżeli tak się stanie wyprzedzi go… Derek Fisher, który ma na swoim koncie 998 gier (dla Lakers, Golden State Warriors i Utah Jazz), a przed przerwą na Mecz Gwiazd Lakers rozgrywają jeszcze dwa spotkania: z San Antonio Spurs i Utah Jazz. Czy ambicja pozwoli Bryantowi na takie rozwiązanie?

Kolejne kamienie milowe w karierze KB#24:

Najwięcej meczy w barwach Lakers – Kareem Abdul-Jabbar – 1093

Najwięcej meczy w karierze – Robert Parish – 1611

Najbardziej przepłacani… subiektywnie vol.2

8 Luty 2010 by

Dziś, w ciężki poniedziałek po weekendzie spędzonym u mamy, cichy bohater listy najbardziej przepłacanych (jakże miło się zaskoczyłem gdy wpisując do grafiki google hasło “kirilenko” wyskoczyła “kompetentna” Maria…bardzo kompetentna!).

3. Andrei Kirilenko

Andrei Kirilenko, Rosjanin urodzony 18 lutego 1981 roku w Izhevsk na Syberii, już jako 15 latek rozpoczął swą profesjonalną karierę koszykarską w Rosyjskim klubie Spartak St. Petersburg (rekord pod względem wieku w lidze rosyjskiej). Latem 1999 roku został wybrany z 24 numerem draftu przez Utah Jazz, stając się w wieku 18 lat i 132 dni najmłodszym, europejskim „wyborem” w historii NBA. AK-47 (nazwany tak przez Quincy’ego Lewisa od inicjałów oraz numeru na koszulce ubieranej przez mierzącego 206cm Rosjanina- zbieżność z bronią jedynie przypadkowa) postanowił jednak jeszcze przez dwa najbliższe lata osiągać sukcesy z CSKA Moskwa i w przejść do najlepszej na świecie ligi w roku 2001. W Utah, drużynie prowadzonej przez dwóch niepodważalnych liderów: Johna Stocktona i Karla Malone szybko znalazł swoje miejsce. W pierwszych dwóch sezonach, Andrei występował głównie jako rezerwowy, który nierzadko przebijał się do pierwszego składu. W sezonie 2001/2002 spędzając na parkiecie 26 minut i zaliczając 10,3 pkt, 4,9 zb, 1,1 asysty i 1,9 bloku na mecz, został wybrany do pierwszej piątki pierwszoroczniaków NBA. W sezonie 2002/2003 Andrei spędzał na parkiecie już 28 minut nieco poprawiając swe statystyki (12 pkt, 5,3 zb, 1,9 as i 2,2 bloku) oraz skuteczność z gry do ponad 49%. Po odejściu gwiazd Utah, Malone’a i Stocktona (Stockton zakończył karierę, a Malone kuszony pierścieniem przeszedł do Lakers), zarabiający niecałe 900,000$ Andrei stał się liderem drużyny i zdecydowanie rozwijał swoje umiejętności. W defensywie zaliczał kolejno 2,8 bloku i 2 przechwyty na mecz w sezonie 2003/2004 (drugi obok Davida Robinsona zawodnik który znalazł się w Top5 ligi NBA dla obu kategorii) oraz 3,3 bloku i 1,6 przechwytu w sezonie 2004/2005. W 2004 roku wystąpił też w meczu All-Star. Był liderem niekwestionowanym, ulubieńcem miejscowych kibiców, co potwierdziła sprzedaż koszulek „Drei” przechodząca najśmielsze oczekiwania. Mówiło się o nim: zawodnik kompletny. Nie wiem jednak co skłoniło Utah do kroku jaki podjęli w roku 2005. Nie wiem czy był to dysonans po stracie pary Malone / Stockton, czy była to może wiara w rozwój AK-47, albo wiara że po ciężkiej kontuzji nadgarstka, której nabawił się w 2005 roku przeciwko Washington Wizards, wróci ze zdwojoną siłą. W każdym razie podpisanie po 3 miesięcznych negocjacjach 6-letniego kontraktu wartego 86m$ nie było strzałem w dziesiątkę. Tym bardziej, że o ile w pierwszym sezonie multimilionowego kontraktu, za który Rosjanin otrzymał prawie 11m$ utrzymywał wysokie „cyferki” (podobne jak w sezonie 2004/2005 wartym 1,3m$), to kolejny sezon za który managerowie Jazzmanów zapłacili 24-letniemu wówczas zawodnikowi 12,4m$ można uznać za rozczarowanie. Otóż, w sezonie 2005/2006 zdrowy Andrei zaliczał 8,3 punkta, 4,7 zbiórki i 3 asysty, wciąż jednak dobrze blokując (2,1 bloku). Mówiło się, iż spadek formy spowodowany był przyjściem trójki zawodników, którzy odebrali mu pozycję najważniejszego zawodnika: Derona Williamsa, Carlosa Boozera i Mehmeta Okura. Wiele w tym z pewnością prawdy i na pewno przyczyniło się to niższych osiągów Rosjanina, ale nie przekraczanie progów 13 pkt i 5 zbiórek i status rezerwowego to dla zawodnika zarabiającego w latach 2006-2009 kolejno 12,4, 13,7 i 15,1m$ to chyba trochę za mało. Ponadto, za czasów Malone’a i Stocktona jako młody chłopak jakoś przecież sobie radził. Zwyżki formy nie było również po zdobyciu MVP mistrzostw Europy, w których Rosja zdobyła złoty medal pokonując Hiszpanię z Pau Gasolem na czele. W obecnym sezonie, w którym notuje statystyki na poziomie 12,3 punkta, prawie 5 zbiórek i prawie 3 asyst, Andrei zarobi 16,5m$ a w następnym prawie 18m$!!. Andrei jest znany z uczestnictwa w różnych akcjach społecznych i z działalności charytatywnej… jednakże moim skromnym zdaniem przy takich zarobkach, lekko nieadekwatnych do prezentowanych umiejętności powinien mieć taki obowiązek!

Za tydzień Agent  Zero i  kilku elementów, którym nie warto poświęcać wiecej niż 5 zdań na temat ich zarobków…

Klątwa Chrisa Webbera powraca?

7 Luty 2010 by

Sacramento Kings. Zespół o którym przed tym sezonem większość osób wiedziała mniej więcej tyle, że jest. Niektórzy przypominali sobie jeszcze, że na początku XXI wieku toczyli zacięte pojedynki z Los Angeles Lakers, a o wyniku serii w playoff decydowały pojedyncze akcje (osoba kwestia , czy aby również nie sędziowie…).

Ten sezon nie zapowiadał się inaczej. Brak spektakularnych  transferów, anonimowi dla przeciętnego fana gracze, perspektywa kolejnej ‘walki’ o wysoki numer w drafcie. Pierwsze pięć meczy tylko potwierdziło przedsezonowe przypuszczenia. Sacramento wygrało  zaledwie raz. O tym zwycięstwie nad Memphis zrobiło się głośniej z uwagi na 48 punktów Kevina Martina, jedynej gwiazdy w zespole, który potwierdzał swoją opinię superstrzelca notując średnio 30,6 pkt/mecz. Niestety już po następnym meczu fani Sactos musieli przełknąć kolejną gorzką pigułkę – K-Marta na treningu doznał poważnej kontuzji nadgarstka. Lekarze mówili o 2-3 miesiącach przerwy. Numer 1 w drafcie wydawał się coraz bardziej realny.


Niespodziewanie dla wszystkich gra Sacramento ożyła. W kolejnych 4 meczach drużyna odniosła 4 zwycięstwa, a wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Na boisku szalał tegoroczny debiutant wybrany w drafcie z numerem 4 – Tyreke Evans. Kolejne mecze przynosiły wzloty i upadki, ale drużyna grała coraz lepiej. 21 grudnia 2009 roku ustanowili rekord NBA odrabiając 35-punktową stratę w meczu z Chicago Bulls i ostatecznie wygrywając całe spotkanie. Evans ustabilizował średnie na poziomie 20 pkt, 5 zbiórek i 5 asyst, wyraźnie liderując w rankingach na najlepszego debiutanta. Co więcej, te osiągnięcia przyrównywane do wyników największych gwiazd ligi w ich debiutanckich sezonach, dawały mu jedno z pierwszych miejsc w całej historii.

Na ławce coraz śmielej poczynał sobie również drugi tegoroczny debiutant – Omri Casspi, pierwszy Żyd Izraelczyk w NBA. W tym okresie Sacramento utrzymywało bilans w okolicy 40% zwycięstw, a co bardziej optymistyczni widzieli ich nawet w playoff. Oczywiście zaraz po tym jak do gry wróci Kevin Martin.

Pojawiały się też pojedyncze głosy, mówiące, że dla Martina może nie być miejsca na boisku przy tak grającym Evansie, że nie będąc liderem drużyny może nie osiągać dobrych rezultatów, że funkcjonowanie zespołu zostanie zakłócone. Większość jednak uważała, że Kevin Marin jako strzelec nie będzie przeszkadzał Evansowi, a wręcz mu pomoże wychodząc na czyste pozycje i zamieniając jego podania na łatwe punkty.

W końcu nadszedł moment powrotu. I niestety najczarniejsze sny kibiców Sacramento zamieniły się w rzeczywistość. Od tego momentu Sacramento straciło całą swoją siłę i przegrywa mecz za meczem, notując bilans 1 zwycięstwo i 12 porażek! Nawet magiczne mecze Tyreke Evansa nie pomagały drużynie w odniesieniu zwycięstwa. Rekord kariery (34 pkt) z Bobcats, czy niedawne 32 punkty (w tym 12 punktów i 3 asysty w ostatnich 2 minutach) przeciwko San Antonio Spurs.

Kevin Martin notuje w tych meczach 18,3 punkta rzucając ze skutecznością zaledwie 36% (w tym 30% za 3). Są to dla niego najgorsze wyniki od czasu drugiego sezonu w lidze 5 lat temu. Czy to ponury chichot historii, kiedy w 2004 roku po ciężkim urazie na ostatnie 23 mecze sezonu do gry wrócił Chris Webber, niszcząc perfekcyjnie działającą maszynę Kings? Wtedy Sacramento szybko odpadło z playoffów, chociaż liczono na zdecydowanie lepszy wynik. Czy teraz szansa na pierwszy występ w posezonowych rozgrywkach również została zaprzepaszczona, kosztem powrotu do gry gwiazdy zespołu? Gwiazdy, bez której zespół spisywał się zdecydowanie lepiej…

Wydaje się, że Sacramento powinno szukać możliwości wymiany Martina w kończącym się okienku transferowym, dopóki jego wartość rynkowa bazuje jeszcze bardziej na dokonaniach, niż bieżących osiągnięciach. Poważną przeszkodą dla takiej wymiany jest kontrakt Martina. Przez najbliższe 3 lata zarobi on prawie 36 milionów dolarów, co nawet za superstrzelca wydaje się mało atrakcyjną perspektywą dla większości klubów NBA. Może jednak znajdzie się ktoś potrzebujący obwodowego dostarczyciela punktów?  Po ostatnich meczach coraz bardziej wypada życzyć Sacramento tego transferu i powrotu do gry…

Ciekawostki parkietu: Channing Frye w All-Star

1 Luty 2010 by

Jak donosi “The Arizona Republic” Center Phoenix Suns, Channing Frye został wybrany do corocznego konkursu rzutów za trzy pukty “3-point Shootout” organizowanego w ramach weekendu All-Star.

27 letni i mierzący 211 cm zawodnik będzie pierwszym centrem od czasów występu w 1997r.  grającego dla drużyny z  Seattle Sama Perkinsa.

Frye jest trzecim zawodnikiem w NBA pod względem rzuconych trójek (za Danilo Gallinarim i Aaronem Brooksem) i 7 jeśli chodzi o skuteczność rzutów (44%).

Warto zwrócić uwagę, że jeszcze 2 lata temu występując w Portland Channing rzucił aż 3 “trójki” w całym sezonie.

Celtics vs. Lakers

31 Styczeń 2010 by

Są takie mecze w lidze NBA, które można nazwać meczami na szczycie, mecze pomiędzy dominującymi w konferencjach drużynami, mecze w których zwycięstwo daje sporą przewagę psychologiczną zwycięzcom przed rundą Play-off, mecze które nie rzadko są rewanżami za kluczowe spotkania poprzednich sezonów i w końcu mecze, na które czekają tysiące szczęśliwych kibiców, „świadków” tego wydarzenia i miliony fanów przed telewizorami. W ostatnich latach niezaprzeczalnie należą do nich pojedynki CAVS z Magic, Magic z Celtics, CAVS z Lakers czy CAVS z Celtics. Niesamowite widowiska, w których rzadko widzimy blow-out, w którym „Defense means more than offense”, gdzie nie ma miejsca na błędy, niedyspozycje i gorsze dni, mecze o których mówią wszyscy.

Są jednak mecze, a w zasadzie mecz, który długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego tworzy historię, którego tradycja jest znana większości fanów koszykówki, mecz którego barwy do dziś kojarzą się z największymi pojedynkami w lidze NBA….- tak, to Lakers walczą z Celtami. I własnie teraz, o 21:30, gdy publikuję ten post (nie, że celowo;]), zasiadam ze szkłem w ręku by osobiście stać się świadkiem kolejnego rozdziału w historii rywalizacji Celtics i Lakers.

Dlaczego w ogóle tak pasjonujemy się meczami tych drużyn??

Zacznijmy od ich przedstawienia:

Celtics: Założona w Boston w 1946 roku drużyna jest najbardziej utytułowaną drużyną w historii NBA zdobywszy w ciągu 63 lat 17 tytułów mistrzowskich, (lata 1957, 1959, 1960-1966, 1968, 1969, 1974, 1976, 1981, 1984, 1986, 2008) do większości których doprowadził ich trener legenda, jedna z ikon nie tylko Boston Celtics ale i całgo NBA- Arnold „Red” Auerbach. Obecnie, czołowa drużyna dywizji atlantyckiej prowadzona przez trenera Glena „Doc’a” Riversa rozgrywa swe mecze w arenie „TD Garden” a jej właścicielami są trzej gentlemani: Wycliffe Grousbeck, Stephen Pagliuca i Irving Grousbeck. Do największych gwiazd tej drużyny bez wątpienia możemy zaliczyć „wielkie” (a może leciwe) bostońskie trio: Kevina Garnetta, Paul’a Pierce i Ray’a Allena oraz wschodzącą gwiazdę młodego pokolenia, jednego z moich ulubionych rozgrywających w lidze….Rajona Rondo. Celci 20-krotnie zdobywali tytuł mistrza konferencji i 26-krotnie tytuł mistrza dywizji. Najlepszym strzelcem w historii tej drużyny jest John Havlicek z ilością 26,395 pkt, najlepszym zbierającym Bill Russell z21,620 zbiórkami (sic!) a najlepszym podającym Bob Cousy (6,995 asyst).

Lakers: Klub z Los Angeles, Miasta Aniołów. Założenie tej najpopularniejszej obecnie chyba drużyny w  NBA, miało miejsce w Detroit w 1946 roku. Drużyna Gems została następnie przeniesiona do Minnesoty, gdzie od miejscowej nazwy stanu („stan 10000 jezior”) drużynę nazwano Lakers (Jeziorowcy). Lakers 15 razy zdobywali mistrzostwo NBA (lata 1949, 1950, 1952-1954, 1972, 1980, 1982, 1985, 1987, 1988, 2000-2002, 2009) i są drugą za Celtics najbardziej utytułowaną drużyną ligi. Miejscem rozgrywania meczy drużyny dowodzonej przez Phila Jacksona jest słynne Staples Center odwiedzane przez największe gwaizdy Hollywood (m.in. najpopularniejszego fana lakers Jacka Nicholsona). Właścicielem drużyny jest Jerry Buss, a największymi gwiazdami drużyny z Los Angeles są Kobe Bryant i… Kobe Bryant, bo osobiście uważam, że it’s all about the Mamba. Lakers 29-krotnie zdobywali tytuł mistrzów konferencji i 28-krotnie tytuł dywizji, a w galerii zasłużonych sław zasiada 18 zawodników. Najwięcej punktów dla drużyny Lakers zdobył Jerry West-25,192 (być może w momencie gdy to czytacie rekordzistą jest już Bryant, któremu dzisiaj brakuje tylko 48 pkt do zostania liderem Lakers), najwięcej zbiórek Elgin Baylor (11,463) a asyst 10,141 Ervin „Magic” Johnson.

Historia rywalizacji obu drużyn jest zdecydowanie najbardziej interesującą spośród wszystkich zaistniałych w trakcie 63 letniej historii NBA. Rzpoczęła się niemal od samego początku istnienia ligi i chociaż napięcie towarzyszy każdemu bezpośredniemu pojedynkowi obu drużyn, to największe potyczki Lakers i Celtics toczyli w finałach NBA. Do obu drużyn należą łącznie 32 tytuły, co stanowi więcej niż połowę puli jaka w ogóle była do wzięcia. W finałach spotykali się 11 razy i pomimo pasjonującej walki tylko 2 razy zwycięsko wychodzili Lakers przy 9 Celtów.


1959-1969  Lata dominacji

W 1959 roku, drużynie Lakers po serii zdobytych mistrzostw nie powodziło się najlepiej. Słaby sezon regularny przyniósł zwyżkę formy w bezpośredniej rywalizacji o mistrzostwo. Prowadzeni przez Georga Mikana Minneapolis Lakers, gładko pokonali drużyny z Detroit i St. Lewis by w finale ulec Celtom, co było pierwszym tak znaczącym pojedynkiem obu drużyn. Zaskutkowało to przeniesieniem przez Boba Shorta drużyny do Los Angeles. Dla Boston natomiast było to pierwsze z kolejnych rekordowych 8 tytułów zdobywanych z rzędu.

Kolejne spotkanie obu drużyn to rok 1962, gdzie do gwiazd LA: Elgina Baylora, Dorisa Day i Pat Borne dołączył Jerry West dając Lakersom potężną siłę rażenia z pozycji nr 1. Niestety natrafili oni na najsilniejszą chyba defensywę w historii NBA…drużynę którą stanowiło sześciu przyszłych Hall Fame’rów (Bob Cousy, Bill Russell, K.C. Jones, Sam Jones, Ramsey, i Tom Heinsohn przegrywając serię 4-3, w trakcie której doszło do dwóch niesamowitych występów. Najpierw w meczu nr 5 Elgin Baylor zaliczył 61 oczek, a następnie Bill Russel w meczu nr 7 rzucił 30 pkt. i zebrał jedynie 40 piłek. Pary Baylor / West i Russell / Cousy spotykały się na parkiecie jeszcze w 6 seriach finałowych i za każdym razem zwycięsko wychodziła drużyna z Bostonu, mimo iż dwie z tych serii zakończyły się w 7 meczach a od 1968 w szeregach Lakers występował słynny Wilt Chamberlain. Russell żartował iż jedyną rzeczą jaka nie może go spotkać, to porażka z Lakers. W 1969 roku Jerry West po nieprawdopodobnych występach w serii (śr. 38 pkt na mecz) został jako jedyny w historii NBA uznany MVP Finałów mimo porażki swojej drużyny. Gwiazdor Bostonu z lat 60-tych, Bill Russell zagrał dla Celtics 165 meczy w Play-off zdobywając 11 mistrzowskich tytułów w 13 sezonach gry.

Lata 70-te w lidze NBA nie zostały zdominowane przez żadną z drużyn jak to miało miejsce we wcześniejszej dekadzie a drużyny Boston Celtics i Los Angeles Lakers zdobyły po dwa tytuły nie spotykając się ani razu w finale.

1980-1990 Bird vs Magic

W latach 80-tych XX wieku rywalizacja Celtics i Lakers powróciła i choć obie drużyny spotkały się 3 razy to zdobyły łącznie 8 z 10 mistrzowskich tytułów (5 dla lakers, 3 dla Boston). Ponadto w tamtym okresie oczy wszystkich kibiców zwrócone były na rywalizację nie tyle obu drużyn co rywalizację dwóch wielkich nazwisk i legend NBA… Larry’ego Birda i Ervina „Magic” Johnsona, co dodawało dodatkowego smaku zielono-purpurowej wojnie. To była rywalizacja najlepszego rozgrywającego w historii ligi i najlepszego białego koszykarza w NBA. Rywalizacja, która rozpoczęła się jeszcze przed ich przystąpieniem do ligi NBA, gdy w roku 1979 Michigan State University reprezentowane przez Magica pokonało w finale Indiana State University Larry’ego Birda. W tym samym roku oboje zadebiutowali w w swoich drużynach (Bird już w trakcie studiów, w 1978 r. został wybrany w drafcie przez Boston Celtics). W sezonie zasadniczym lepszy okazał się Bird, zdobywając tytuł debiutanta roku, ale mistrzem NBA został Johnson, zdobywając jednocześnie tytuł MVP finałów (Johnson jako jedyny rookie historii zdobył tytuł MVP finałów). Mierzący 206 cm rozgrywający Lakers wspierany przede wszystkim przez Kareem’a Abdul Jabbara zdobywał tytuł jeszcze 4-krotnie, 2-krotnie zdobywając MVP finałów (1982, 1987). Bird grając u boku Kevina McHale i Roberta Parish’a doprowadził w sumie 3 razy Boston do mistrzostwa, i podobnie jak Johnson 2 razy zdobył tytuł MVP finałów (1984, 1986). Bird zakończył swą karierę po Olimpiadzie w 1992 z powodu kontuzji pleców a Johnson po zdobyciu olimpijskiego złota w 1992 roku i ogłoszeniu iż jest nosicielem HIV nie miał wielkich osiągnięć kończąc karierę w 1996… brakowało mu Bird’a. :)

Poniżej przedstawiam kolejne finałowe i sezonowe występy pary Johnson- Bird:



O ich rywalizacji, poszczególnych meczach, nienawiści i przyjaźni można by bez wahania napisać książkę… co zresztą dwaj gwiazdorzy niedawno uczynili.

W listopadzie roku 2009 ukazała się książka „Magica” Johnsona i Larry’ego Birda. Pod tytułem “When the Game Was Ours” opowiadająca o losach ich rywalizacji i późniejszej przyjaźni, która narodziła się zaraz po tym gdy zakończyła się nienawiść rywalizacji.

Beat LA!

W 1982 roku, na podłożu rywalizacji Celtics-Lakers powstało też słynne i lubiane przez mnie „Beat LA!”, co tylko dowodzi jakie znaczenie dla NBA ma rywalizacja tych drużyn. W ostatnim meczu finałów konferencji wschodniej pomiędzy 76ers i Celtics, drużyna Celtics utraciła szansę na awans do Finału NBA i spotkanie z oczekującymi na nich Lakers. Kibice Celtów nie wygwizdywali swoich gwiazd, nie obwiniali sędziów o niesprawiedliwość… po prostu zaczęli krzyczeć to czego naprawdę pragnęli:

Teraz łatwo wyobrazić sobie jak ostra była rywalizacja pomiędzy tymi drużynami. Hasło to przetrwało do dziś i jest nieodłącznym elementem okrzyków kibica Celtics goszczącego w swej hali zawodników lakers.

Rywalizacja wieku XXI

Dziś, po 20 latach znów mamy rywalizację Bostonu i Los Angeles w lidze NBA. To piękne jak historia zatacza koło. W roku 2008 mieliśmy kolejny finał z udziałem obu drużyn i choć to Lakers ze zdobytymi 4 tytułami uważani są drużynę dekady, to z bezpośredniej rywalizacji obronną ręką wyszli Celtics prowadzeni przez Kevina Garnetta, Paula Pierce’a, Ray’a Allena i Rajona Rondo. W 2010 roku to jednak Lakers są mistrzami, to Kobe jest MVP finałów a  Celtics przegrali 7 z ostatnich 11 spotkań. Obie drużyny dokonały wzmocnień. Do Lakers dołączył nieobliczalny Ron Artest (wymieniony za Trevora Arizę), a Boston wzmocniło się Rasheedem Wallace’em. Boston niestety zaczyna odczuwać skutki wieku podstarzałych gwiazd- Ray Ray’owi częsciej zdarzają się słabsze mecze a KG #5 wyleciał ostatnio ze składu na kilka tygodni przez kontuzję. Na domiar złego trapiony kontuzjami w poprzednim sezonie center Lakers Andrew Bynum wydaje się być zdrów i gotów do walki pod tablicami wspierany przez Hiszpana Pau Gasola. Lakers po nieco słabszym i niepewnym okresie mają 3 zwycięstwa pod rząd, Boston 2 przegrane ważne mecze, ale zawsze mogą liczyć na widownię, która z pewnością w komplecie przyjdzie wykrzykiwać słynne „Beat LA!”. Ja stawiam jednak na Lakers…a wy?

Przed meczem z cyklu must see….

Mało było o rywalizacji sezonowej, dlatego na koniec jeszcze tylko porównanie statystyczne obu drużyn w sezonach:


Pick and… ?

31 Styczeń 2010 by

O jakim zagraniu pomyślisz kiedy ktoś Cię zapyta na czym polega atak w koszykówce? Fani Lakers (a wcześniej Bulls) bez wahania powiedzą, że liczą się tylko “trójkąty”, jednak zdecydowanie najpopularniejszym sposobem na zdobycie punktów jest pick and roll, zagranie, którego nazwy nie da się sensownie przetłumaczyć na nasz ojczysty język.

Na czym to polega? Klasyczny pick and roll to akcja dwójkowa i rozpoczyna się w momencie, gdy jeden z wysokich graczy wybiega spod kosza, aby postawić zasłonę (pick, screen) zawodnikowi posiadającemu piłkę. Obrońca kryjący gracza z piłką zostaje postawiony przed wyborem, czy omijać zasłonę, czy zamienić krycie ze swoim wysokim i zostać przy graczu stawiającym zasłonę. Jeżeli zdecyduje się na pierwszy wariant, zawodnik stawiający zasłonę wykonuje szybki pivot (roll), wbiegając pod kosz i korzystając z wytworzonych przewag w ataku. Dobrze wykonana zasłona i szybka praca stóp dają mu przewagę nad obrońcami i otwartą drogę do kosza.

Tak w skrócie wygląda rozegranie tej najbardziej charakterystycznej dla koszykówki zagrywki. Jednak oprócz klasycznego wariantu pick and roll daje zawodnikom atakującym dużo innych na skuteczne wykończenie ataku:

1. zawodnik kozłujący piłkę może wyjść po zasłonie na czystą pozycję i oddać rzut, lub wykorzystać swoją szybkość wchodzić pod kosz, szukając łatwych punktów lub faulu.

2. po obiegnięciu zasłony zawodnik kozłujący piłkę oddaje ją innemu partnerowi znajdującemu się na wolnej pozycji.


3. zawodnik stawiający zasłonę nie wbiega pod kosz, tylko wychodzi na czystą pozycję, otrzymując podanie od kozłującego i wykonując rzut. Zagranie to nazywa się również “pick and pop“, a do perfekcji opanował je Dirk Nowitzki, wykorzystując podania od Jasona Kidda, a wcześniej przez lata od Steve’a Nasha. W jego ślady podąża obecnie Andrea Bargnani, a w grze Toronto pick and pop stają się ważnym elementem ofensywy.

Przeprowadzone przez Synergy Sports Technology badania pokazują, że w ciągu ostatnich pięciu lat udział pick and rolli w ofensywie wzrósł z 15,6% w 2004-5 do 18,6% w zeszłym sezonie. Złożyło się na to wiele elementów, ale przede wszystkim przyczyną są kolejne restrykcje w obronie, m.in. zabraniające używania rąk prze obrońców. Zmienia się również całą NBA, od graczy podkoszowych wymaga się teraz mobilności i dynamiki, a nie wzrostu i siły, obrońcy są jeszcze szybsi, wzrasta tempo gry, coraz więcej zespołów preferuje szybki atak w stylu run-and-gun, gdzie pick and roll sprawdza się znakomicie. Jednocześnie w ciągu ostatnich sezonów obserwujemy spadek akcji post-up (z 13,4% do 10,7% w analogicznym okresie).

Które drużyny najchętniej wykorzystują pick and rolle? Większość od razu zakrzyknie Utah Jazz, mając w pamięci słynny duet John Stocton – Karl Malone.

Stocton to Malone

Statystyki o dziwo pokazują coś wręcz przeciwnego, mianowicie Utah Jazz wraz z Los Angeles Lakers znajdują się na szarym końcu tej listy ozywając pick and rolli w zaledwie 11% swoich akcji. Miejsce Lakers nie powinno nikogo dziwić, gdyż w “triangle offence” nie ma potrzeby wykorzystywania klasycznego rozgrywającego, ruch piłki odbywa się po zupełnie innych torach, a obecność Bryanta na parkiecie przekłada się na większą ilość izolacji. Natomiast w przypadku Utah mamy do czynienia z duetem Deron WIlliams i Carlos Boozer, który wydaje się nowym wcieleniem legend Jazz. Co więcej trenuje ich nadal ten sam szkoleniowiec – Jerry Sloan, piastujący swoją funkcję nieprzerwanie od ponad 22 lat! Tłumaczy on, że dzisiaj Jazz równie chętnie graja pick and rolle, ale ma to miejsce szczególnie w końcówkach meczy, kiedy potrzebne są efektywne akcje przynoszące punkty, natomiast podczas meczu Utah stara się grać swoją koszykówkę, polegającą na zaangażowaniu wszystkich graczy w atak, wymianie wielu podań i wychodzeniu na pozycję po serii zasłon bez piłki. Sloan mówi:

You’ve got to learn how to play other ways than just strictly pick-and-roll. Most of the time, other guys are just standing in the pick-and-roll. We try to run other stuff where they’re not standing and stay active in other parts of the game.

Na szczycie zestawienia znajdują się natomiast Miami Heat, wykorzystując pick and rolle w 26% swoich zagrań ofensywnych. Depczą im po piętach San Antonio Spurs (25%) i New Jersey Nets (24%). W Miami siłą napędową jest Dwyane Wade, który wykorzystując pomoc swoich wysokich kreuje sobie miejsce do wejścia pod kosz lub dostarcza piłkę do dobrze ustawionych partnerów. W Spurs duża liczba pick and rolli nikogo nie będzie dziwić, póki gra tam Timmy “Big Fundamental” Duncan. Trener 76ers tak mówi o ataku Spurs:

If you have Tony Parker and Tim Duncan, you have to stop the ball, which is Tony Parker, and you’ve got to give help, so you’re leaving somebody open. Probably, Manu Ginobili for a 3. You have to pick your poison.

Wysoka pozycja Nets wydaje się rezultatem upraszczania gry. Pick and roll w wykonaniu Harrisa jest łatwym sposobem na punkty, a na bardziej skomplikowane zagrywki zwyczajnie brakuje talentu. Zaskakuje niska pozycja New York Knicks (24 miejsce w zestawieniu – 16%), którzy w taktyce up-tempo D’Antoniego powinni czuć się jak ryba w wodzie, ale tutaj podobnie jak w Nets brakuje odpowiednich wykonawców.

Najlepszym indywidualnie wykonawcą pick and rolli jest Jameer Nelson (o ile gra i jest w formie, a nie leczy kontuzję) osiągając wydajność 1,15 punktu
z każdej akcji rozegranej przez pick and roll (po swoich zagraniach lub podaniach do partnerów). Kolejne miejsca zajmują LeBron James (1,1) i Chris Paul (1,08). Tutaj nie ma żadnych zaskoczeń, Nelson i Howard dzięki swoim warunkom perfekcyjnie wykorzystują przewagi, które daje im pick and roll – możliwość zagrania do wchodzącego pod kosz i praktycznie w tym momencie niemożliwego do zatrzymania Howarda lub też oddania piłki na obwód do jednego z dobrze ustawionych kolegów, grożących rzutem za 3.

A zatem … keep on rollin’ baby!

Najbardziej przepłacani… subiektywnie

28 Styczeń 2010 by

NBA to zdecydowanie najbogatsza liga koszykówki na świecie, gdzie zawodnicy stanowiący trzon swojej drużyny potrafią zarabiać nawet 15-20 mln$… za sezon, za darmowe ciuchy, za buty, za szalejące dziewczyny, ogólnoświatową sławę i przede wszystkim za możliwość gry w kosza. Na poniższym zestawieniu przedstawiam wam 22 najlepiej zarabiających koszykarzy sezonu 2009/2010.

1. Tracy McGrady Houston $23,239,561

2. Kobe Bryant LA Lakers $23,034,375

3. Jermaine O’Neal Miami $22,995,000

4. Tim Duncan San Antonio $22,183,218

5. Shaquille O’Neal Cleveland $20,000,000

6. Dirk Nowitzki Dallas $19,795,714

-. Paul Pierce Boston $19,795,712

8. Ray Allen Boston $19,766,860

9. Rashard Lewis Orlando $18,876,000

10. Michael Redd Milwaukee $17,040,000

11. Pau Gasol LA Lakers $16,451,250

-. Andrei Kirilenko Utah $16,451,250

13. Kevin Garnett Boston $16,400,000

14. Yao Ming Houston $16,378,325

-. Amare Stoudemire Phoenix $16,378,325

16. Vince Carter Orlando $16,300,000

17. Gilbert Arenas Washington $16,192,080

18. Zach Randolph Memphis $16,000,000

19. Carmelo Anthony Denver $15,779,912

-. LeBron James Cleveland $15,779,912

-. Chris Bosh Toronto $15,779,912

-. Dwyane Wade Miami $15,779,912

Źródło: hoopshype.com

Nie można podważać zarobków rzędu 23m$ Bryanta, 22m$ Duncana, prawie 20m$ Dirkzilli, 16m$ Bron Brona, Carmelo, Bosha i Wade’a, czy15m$ D-Howarda. Są jednak zawodnicy, których niebotyczne pensje nijak przekładają się na to co potrafią, w jakiej są formie bądź ile pożytku ma drużyna ich zatrudniająca. Jest to najczęściej skutek podpisywania kontraktów na długie długie lata bez możliwości wycofania się ze zobowiązań, z nadzieją że ówczesnej gwieździe nie odechce się grać, że nie będą trapić go kontuzje albo….że nie przyniesie broni palnej do szatni. Ponadto wobec zawiłych zasad towarzyszących budżetom przeznaczanym na pensje

w sezonie 2009/2010 każda drużyna mogła zapłacić zawodnikom swojej drużyny ok 71m$ bez płacenia wyjątkowo wysokiego podatku za przekroczenie tej kwoty

i zasadom transferów w NBA stają się oni z jednej strony uciążliwym i niepotrzebnym elementem zżerającym budżet, z drugiej strony mogą stać się cennym nabytkiem uwalniającym kilka dolarów przestrzeni na nowy kontrakt z zawodnikiem lepszej klasy.

ściągnięcie zawodnika zarabiającego 20m$ z kontraktem który wygasa w zamian za naszego zawodnika, któremu płacić będziemy musieli 10m$ rocznie przez kilka najbliższych lat pozwoli nam zwolnić go przy najbliższej okazji i uzyskać 20m$ wolnej przestrzeni na podpisanie nowego kontraktu

Kończywszy ten przydługi i przynudny wywód chciałbym przybliżyć wam kilku zawodników, którzy moim zdaniem, podkreślam, moim! są najbardziej przepłacanymi w NBA i w żaden sposób nie zasługują na roczne zarobki rzędu 15m$. Na początek znana wszystkim dwójka:

1. Tracy McGrady

T-mac to obecnie najlepiej zarabiający koszykarz w NBA i nikogo nie powinien dziwić tak wysoki kontrakt podpisany przez Houston Rockers z 25-letnim wówczas obrońcą. Tracy grając dla Orlando Magic w latach 2000-2004 wspinał się na przysłowiowe wyżyny. W roku 2001, po pierwszym swoim sezonie pod wodzą Doc’a Riversa uznany został za zawodnika, który poczynił największe postępy zaliczając 26,8 pkt, 7,5 zb, 4,6 as i 1,5 przechwytu na mecz rozgrywając 77 spotkań ze średnią 40 min. Kolejne lata przynosiły mu co raz to większe sukcesy. W sezonach 2001/2002 i 2002/2003 wybierany był do All-NBA 1st team (coroczny wybór najlepszej „piątki” sezonu) a w sezonach 2002/2003 i 2003/2004 przewodził najlepszym strzelcom ligi osiągając średnią nawet 32,1 pkt (2002/2003). Szefowie Houston Rockers pragnący odbudować potężną drużynę z połowy lat 90 po zatrudnieniu Yao Minga zapragnęli więc tak wybitnego strzelca jakim był Tracy McGrady zapewniając mu 6-letnie zarobki wysokości ok.110m$ (kolejno 14,487m$, 15,694m$, 16,901m$, 19,014m$, 20,370m$ i 23,239m$). Niestety wielomilionowy kontrakt i wcielenie do składu mierzącego 203cm obrońcy nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. O ile pierwszy sezon w Houston wyglądał całkiem nieźle ( 25,7pkt, 6,2 zb i 5,7 as) to kolejne nie były już tak udane. W sezonie 2005/2006 pojawiły się dolegliwości bólowe pleców gwiazdy Houston, co spowodowało iż rozegrał jedynie 47 z 82 meczy. Kolejne sezony to zdecydowana obniżka skuteczności mistrza świata z 2003 roku, gdyż latach 2005-2008 pomimo iż zdobywał średnio ok. 22 pkt. w sezonie to ze skutecznością zaledwie 36%, co zdecydowanie nie przystaje gwieździe wartej wtedy 20m$. Prawdziwe problemy T-maca, a w zasadzie Houston zaczęły się w trakcie play-off w roku 2008, gdy McGrady nabawił się kontuzji kolana. W kolejnym sezonie 2008/2009 zarabiając 20,3m$ rozegrał jedynie 35 meczy rzucając przy skuteczności 33% 15 pkt na mecz ostatecznie decydując się na zabieg chirurgiczny, który wyłączył go również z gry na początku sezonu 2009/2010. Tracy niejednokrotnie publicznie zapowiadał nie tylko powrót do gry, ale i powrót do elity z NBA jak przystało na najlepiej zarabiającego (23,2m$) zawodnika. Niestety powrót nie był taki jakiego oczekiwaliby trener, kibice Houston czy sam zawodnik. W trakcie 6 meczy zaliczał 3,2 pkt, 0,8zb i 1 asystę grając średnio 7 min. Nieźle jak na 23m$, co? Obecnie T-mac skonfliktowany z władzami i trenerem Rockets nie gra w ogóle i latem zostanie wolnym agentem zwalniając w Houston kilka ładnych baniek tak potrzebnych w trakcie przerwy międzysezonowej.

2. Jermaine O’Neal

O’Neal został wybrany z 17 numerem draftu w 1996 roku przez Portland Trail Blazers, gdzie grał u boku takich gwiazd jak Rasheed Wallace czy Clifford Robinson. Niestety wśród tak dużej konkurencji podkoszowej, Jermaine nie miał szansy przebić się do pierwszego składu, co po 4 latach zaskutkowało transferem do Indiany, gdzie grając dla tamtejszych Pacers zaliczył zdecydowanie najlepsze lata swojej kariery. W latach 2000-2007 grając u boku takich zawodników jak Reggie Miller, Ron Artest, Al Harrington, Stephen Jackson, Brad Miller czy Jamal Tinsley sześciokrotnie doprowadził swoją drużynę do Play-off. Początkowo nieustraszony pod tablicami, niszczący blokami i zaliczający ok. 20 pkt Jermaine naprawdę był wartościowym graczem i typowym „fighterem”. To były zresztą czasy gdzie na wschodzie królowali dwaj niesamowici obrońcy: J-O’Neal i Big Ben (Ben Wallace). Po kolejnym udanym sezonie 2002/2003 otrzymał propozycję od San Antonio Spurs, którzy po przejściu Davida Robinsona szukali drugiej wieży dla osamotnionego Tima Duncana. O’Neal podziękował podpisując jednocześnie z Indianą siedmioletni kontrakt warty126m$ !! Sezon 2003/2004 był niezwykle udany dla Indiany i Jermaina, który poprowadził swoją drużynę do najlepszego bilansu w lidze (61-21) i awansu do finałów konferencji za co zarobił przyzwoite 13m$. Wszystko było jak piękny sen, który prysł niczym bańka w sezonie 2004/2005. Doszło w nim bowiem do słynnej bójki pomiędzy zawodnikami Indiany, zawodnikami Pistons i kibicami z Detroit (O’Neal został zawieszony na 25 meczy) a następnie kontuzji barku w marcu roku 2005. O’Neal powrócił w sezonie 2005/2006 i pomimo dalszych zmagań z kontuzjami rozegrał 51 z 82 meczy na bardzo przyzwoitym poziomie (20,1 pkt, 9,3 zb) za co zarobił kolejne 16,4m$. Sezon 2006/2007 to 69 meczy gwiazdy Indiany, której jednak statystyki spadały odwrotnie proporcjonalnie do pensji: 18m$, a dobre serie meczy przerywały chwilowe przerwy spowodowane kontuzjami, co ostatecznie zaskutkowało brakiem awansu do fazy Play-off. Kolejnych lat Jermaine nie może zaliczyć do udanych. Trapiony kontuzjami w żadnym z sezonów nie zaliczał więcej niż 13 pkt. i 7 zb. na mecz, zarabiając kolejno 19,7m$ i 21,3m$. Krótka przygoda z Toronto zakończyła się bólem głowy managerów Raptors i transferem do Miami Heat w trakcie sezonu. Obecnie O’Neal zarabiający 23m$ gra dość regularnie, zagrał w tym sezonie 40 meczy, ale statystyki (12,6 pkt, 6,9 zb.) zdecydowanie nie są adekwatne do jego zarobków. 31-letniemu centrowi kończy się w tym sezonie kontrakt i nie da się ukryć, że zapewne zostanie zwolniony przez Miami Heat, którzy oprócz celu nr 1 jakim jest zatrzymanie Wade’a będą starali się pozyskać jakiegoś partnera dla Dwane’a w walce o najlepsze wyniki w lidze. Czytaj resztę wpisu »

Where… Sundiata Gaines Happens!

15 Styczeń 2010 by

Takie posty jak mój dzisiejszy w pewien sposób napawają człowieka radością i wciąż podtrzymują to dziecinne poczucie magii koszykówki. Któż bowiem kiedyś nie marzył o tym, by przytrafiła mu się historia taka, jak od dziś mojemu ulubionemu zawodnikowi (już chyba ex-zawodnikowi) D-league.

Sundiata Gaines, ten urodzony 18 kwietnia 1986 roku na Jamajce, absolwent uniwersytetu Georgia, jeszcze przed Świętami grał w D-league będąc znanym jedynie wąskiej grupie oddanych kibiców Idaho Stampede. Dzięki osiągnięciom i wyróżniającej się formie 185-centymetrowego rozgrywającego, a w zasadzie bardziej dzięki kontuzji Derona Williamsa i transferowi Erica Maynora na jednym z treningów pojawił się działacz Jazz-manów. Tuż po jego zakończeniu zaprosił Gaines’a na testy do Utah i podpisanie 10-dniowego kontraktu, w celu zapełnienia tej niewygodnej luki w składzie drużyny z Salt Lake City.

Fajna sprawa… spotkanie Derona, Brewer’a, Kirilenko… kilkanaście tysięcy ludzi na widowni, rodzina w pierwszych rzędach, ambicja i drżące nogi, wpis wśród graczy na NBA.COM i brzydkie zielone koszulki na pamiątkę… kto by nie chciał… Liczy się też oczywiście kontrakt, który według serwisu roanoke.com to przynajmniej 35,000$ za 10 dni przy całorocznych zarobkach zawodnika z D-league rzędu 25,000$. Tak tak, to wychodzi 10,000 zł dziennie “na nasze”. Ponadto okazało się że w obliczu braku “jedynek”, Sundiata radził sobie całkiem nieźle jak na kogoś kto wcześniej NBA oglądał jedynie z perspektywy kibica. 21 minut i 5 asyst w debiucie przeciwko Memphis, 7 punktów rzuconych Miami.

Jednak to co się stało w meczu przeciwko CAVS przechodzi najśmielsze wyobrażenia i mam nadzieje że pozwoli temu sympatycznemu chłopakowi pozostać w Jazz na dłużej i cieszyć się grą wśród najlepszych graczy świata.

American Dream?? Ja mam tylko jedno zdanie do dodania…
NBA – Where Amazing Happens!

Na koniec jeszcze kilka słów od bohatera dnia:


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.